KBK, czyli przecieranie szlaku

Ostatnio KBK odwiedziła para Amerykanów. Trafili przez przypadek. Przechodzili obok i zaintrygowało ich nasze okno. Potem wrócili jeszcze raz, tuż przed wyjazdem. Wczoraj otrzymałem od nich bardzo miłego maila. Poniżej jego fragment.
We wish we could replicate the same environment for a similar community space close to where we live. It is something that is needed. You have created a special place, and I wish you the best with it. It has definitely made an impact on us while visiting Krakow.
Słowa te dotykają kwestii, o której kilka razy już wspominałem. Otóż Królestwo nie jest budowane samo dla siebie i od samego początku jest eksperymentem mającym pokazać, że da się tworzyć miejsca całkowicie oddolnie. Celem tego eksperymentu jest sprawdzenie tego co działa a co nie, tak by opracować jakiś standard, który pomoże innym zakładać podobne miejsca. Nie jest to łatwe zadanie, bo po 6 latach w Krakowie Królestwo jeszcze nie osiągnęło optimum (choć jest na dobrej drodze). Ważna jest też lokalna specyfika: wielkość lokalu, jego położenie, warunki. Nie ma jednak wątpliwości, że istnieją uniwersalne założenia, których trzymanie się jest kluczowe, aby w dłuższej perspektywie udało się utrzymać miejsce takie jak KBK. Paradoks tkwi jednak w tym, że dla wielu osób wydają się one zaporowe. Rolą Królestwa jest więc uświadomienie ludzi, że tak naprawdę są one warunkiem sine qua non długoterminowej działalności.
- Po pierwsze, miejsca takie jak KBK muszą być otwarte w ściśle określonych godzinach 6 dni w tygodniu. 7 lat temu dopuszczałem scenariusz, że zbierzemy 20 osób, każdy będzie miesięcznie wpłacał 100 zł i będzie to działało na zasadzie klubu z wydarzeniami otwartymi. Dziś wiem, że to nie ma sensu. Ogromną wartością KBK jest to, że przychodzą różni ludzie i nie potrzebują żadnego zaproszenia, ani pretekstu. Po prostu mogą wpaść między 16.00 a 23.00 i zawsze kogoś zastaną (przynajmniej dyżurnego). Wielką wartością dla bywalców KBK wydaje się być właśnie fakt, że mogą tu spotkać przeróżne osoby - także te, które trafiły całkowicie przypadkowo.
- Po drugie, takie miejsca potrzebują "pełnoskalowej" koordynacji. To nie może być robione z doskoku. W przypadku KBK był to kluczowy czynnik, który zadecydował o radykalnej poprawie sytuacji w ostatnich 2 latach. To dzięki niemu praktycznie każdego dnia coś się dzieje.
- Po trzecie, takich miejsc na dłuższą metę nie da się prowadzić wyłącznie w oparciu o wolontariat. Jest to powiązanie w dużej mierze z poprzednimi punktami. Zarówno koordynacja, jak i regularność to tematy, które wymagają etatu. W KBK jest tak dużo procesów, że jedna osoba, która zajmuje się tym na 100% to absolutne minimum. Do tego dochodzą dyżury. Oczywiście czasem udaje mi się znaleźć zastępstwo. Gdyby jednak miała to być zasada a nie wyjątek, to bardzo szybko godziny otwarcia byłyby niczym szwajcarski ser. A to z kolei zniechęcałoby ludzi do przychodzenia, bo musieliby za każdym razem sprawdzać gdzieś czy nie pocałują klamki.
Oczywiście można podważać te trzy podstawowe założenia powołując się na różne inicjatywy. Gdy jednak przyjrzymy się im bliżej to okaże się, że: 1) albo trwały krótko (max 2 lata) i upadły (vide: Cafe Fińska), 2) albo nie są zbieżne z modelem przyjętym w KBK i np. są otwierane głównie na wydarzenia (vide: Jazdów).