20 lat minęło

avatar

20 lat temu wyjechałem pierwszy raz na Łotwę. Mam wrażenie jakby to było wczoraj. Gdy jednak głębiej o tym pomyślę, to nachodzi mnie bezlitosna refleksja, że tak na prawdę to minęła cała epoka. Dzieli nas przepaść od 2006 roku. Łotwa bardzo się zmieniła. Jeszcze bardziej zmieniła się ludzkość.

Miałem szczęście. Ogromne szczęście. Łatwiej chyba trafić szóstkę w Totka...

  • Po pierwsze, trafiłem na odpowiedni projekt w odpowiednim czasie. Moi poprzednicy nie mieli takiego szczęścia. Przyjechali pracować w klubie dla młodzieży, którego nie było. Była za to piwnica, którą trzeba było wyremontować. Ja przyjechałem na gotowe. Do tego miałem dużą swobodę i wolną rękę co do działań, które chciałem robić.
  • Po drugie, mieszkałem z łotewską rodziną - z babcią (mamą Inese, koordynatorki mojego projektu), synem i 2 wnukami. To pozwoliło mi przyglądać się łotewskości od środka. Niewielu wolontariuszy miało taki przywilej. Jakby tego było mało na jednej rodzinie się nie skończyło. Była też rodzina Madarsa i Aliny. No i oczywiście spore grono znajomych. To z kolei było wypadkową różnych kontaktów, które bardzo łatwo nawiązywałem (ale tylko dlatego, że miałem punkt zaczepienia w postaci projektu). Doceniłem to w 2014, kiedy po raz drugi trafiłem na Łotwę, do miasta, gdzie praktycznie nikogo nie znałem i było to całkowicie inne doświadczenie.
  • Po trzecie, rok 2006 pozwolił mi doświadczyć apogeum łotewskiej prosperity, która zakończyła się z nadejściem kryzysu finansowego. Innymi słowy: trafiłem na końcówkę okresu, gdy kieszonkowe wolontariuszy było wysokie jak pensja a ceny niskie jak na promocji. Później było odwrotnie.
  • Po czwarte, wyjechałem w przełomowym dla mojego życia momencie. Stał się on jednak przełomowy, bo wyjechałem i przez prawie rok mogłem przemyśleć wiele spraw. Projekt z jednej strony pozwalał mi wykorzystać moje umiejętności, nie pozwolił mi się nudzić, a z drugiej pozwolił mi odpocząć i nabrać dystansu. Łotewska prowincja temu sprzyjała. Co jednak istotne: wieś mnie nie przytłaczała, bo tak się wszystko złożyło, że zawsze mogłem wyjechać na kilka dni i zatrzymać się w Rydze lub w Skriveri. Układ wręcz idealny, który pozwolił mi poznać Łotwę z bardzo różnych perspektyw: zabitej deskami wsi, małego miasteczka i dużej stolicy, w której żyje połowa Łotyszy.

Tworzenie alternatywnych scenariuszy jest trudne do zweryfikowania, ale nie mam wątpliwości, że teraz byłbym zupełnie gdzie indziej, gdybym te 20 lat temu nie wyjechał na Łotwę. Był to prawdziwy moment zwrotny w moim życiu. Efekt nie byłby jednak tak duży, gdyby nie warunki wynikające ze specyfiki tamtych czasów. Mam tu na myśli przede wszystkim fakt, że nie było jeszcze wtedy... smartfonów.

W Sece dostęp do Internetu miałem tylko w bibliotece. Nieco lepiej było w Rydze. Co jakiś czas opisywałem swoje przygody i wrzucałem na bloga, wysyłałem maile, może nawet rozmawiałem na GG (w sumie nie pamiętam, ale nie jest to wykluczone). Najważniejsze jednak - stwierdzam to z perspektywy czasu - że nie miałem smartfona, czyli dostępu do Internetu 24h. Myślę, że był to jeden z istotnych czynników, który pozwolił mi dobrze wykorzystać ten czas.

Oczywiście kij ma dwa końce. Nie było wtedy Google Maps, więc byłem zdany na niezbyt dokładne mapy papierowe. Już po wolontariacie wirtualnie odkryłem wiele ciekawych miejsc w Sece. Szkoda, że nie wiedziałem o nich w 2006 roku. Nie wiedziałem pewno też o wielu wydarzeniach. Dziś mogę je śledzić będąc oddalonym o prawie 1000 kilometrów. Cóż, coś za coś...

No i cóż, minęło 20 lat. Łotwa się zmieniła. Świat się zmienił. Moje życie też. Przygotowując wczoraj prezentację w KBK uświadomiłem sobie, że jedną z inspiracji dla stworzenia Królestwa mógł być Dom Baśni w Jurmali. Nigdy nie udało mi się do niego trafić. Wiele o nim jednak słyszałem. I bardzo podobała mi się koncepcja oddolnego domu kultury. Niestety już nie istnieje. Tak jak świat z 2006 roku. Zastanawiam się tylko, czy wciąż można wrócić (częściowo) do tego co było zachowując (częściowo) to co jest...



0
0
0.000
0 comments