My Actifit Report: #47 Feb/27/26

Family Ice Skating at the Indoor Rink.
Today, instead of a regular walk, we put on our skates.

The team: me, my wife, Sara, and Alex.
The goal: move our bodies, laugh a lot, and check if dad still has any coordination left.

Anyone who skates knows lacing up is already a mini workout.

Heart rate goes up faster than expected.
Before we even stepped onto the ice, my watch had already started counting steps.

The first minutes are pure core work.
Abs engaged.
Thighs burning.
Calves on high alert.

Skates don’t forgive mistakes every tiny shift of weight matters.

Sara, after just a few minutes, was gliding like she had secret Olympic training sessions.

Light, confident, turning smoothly.
Alex had a completely different style. Calm. Technical. Observing every movement. Adjusting his feet. Testing his balance.
And me?

Let’s just say I combined determination with a serious fight for dignity.

One hour of skating is a totally different effort than a normal walk.

The best part is the constant micro-tension.
Your body never fully relaxes.

There was also a “controlled ice hardness test” (my fall).

At one point we were all skating together slow, steady, side by side.
No racing.
No pressure.

Just movement, laughter, and the rhythmic sound of blades cutting the ice.

This is the kind of activity I love most the one that combines exercise with family time.

After stepping off the ice, our legs felt like jelly.
Cheeks red.
Hot tea tasted like an Olympic.
Ice skating is cardio, stability training, and strength work all in one.
And on top of that it builds memories.

Today wasn’t a record-breaking step count.
But it was a record-breaking number of smiles.
And that’s what really matters.

Rodzinne łyżwy na krytym lodowisku.
Dziś zamiast klasycznego spaceru wskoczyliśmy w łyżwy.
Ekipa: ja, żonka, Sara i Alex.
Cel: ruszyć się, pośmiać i sprawdzić, czy tata nadal ma koordynację ruchową.

Kto jeździ na łyżwach, ten wie samo wiązanie to już mini trening.
Przysiad, schylenie, napięcie pleców, poprawianie, dociąganie sznurówek. Puls rośnie szybciej, niż się spodziewasz.

Zanim wyszliśmy na lód zegarek już liczył pierwsze kroki.
Pierwsze minuty to czysta praca mięśni głębokich.
Brzuch napięty.
Uda pracują.
Łydki w gotowości bojowej.

Łyżwy nie wybaczają błędów tu każdy milimetr przesunięcia ciężaru ma znaczenie.
Sara po kilku minutach śmigała jakby trenowała potajemnie do igrzysk. Lekkość, zakręty, przyspieszenia.

Alex zupełnie inny styl. Spokojny, techniczny, analizujący każdy ruch.
Obserwował, poprawiał ustawienie nóg, testował balans.
A ja?
Powiedzmy, że łączyłem determinację z walką o godność.

Godzina jazdy na lodzie to zupełnie inny wysiłek niż spacer.
Najlepsze jest to ciągłe mikro-napięcie. Organizm nie ma chwili całkowitego rozluźnienia.

Był też kontrolowany test twardości lodu (mój upadek).
Szybkie wstawanie = dodatkowe spalanie kalorii.
W pewnej chwili jechaliśmy razem spokojnie, równym tempem, jedno obok drugiego.
Bez wyścigu.
Bez presji.
Tylko ruch, śmiech i rytmiczny szelest łyżew po lodzie.

To jest właśnie aktywność, którą lubię najbardziej taka, która łączy ruch z rodziną.
Po zejściu z lodu nogi jak z waty.
Policzki czerwone.
Gorąca herbata smakowała jak medal olimpijski.

Łyżwy to cardio, stabilizacja i trening siły w jednym.
A do tego budowanie wspomnień.
Dziś nie był to rekord kroków.
Ale był to rekord uśmiechów.

I to się liczy najbardziej.
This report was published via Actifit app (Android | iOS). Check out the original version here on actifit.io



